Ostatnia eskalacja w Górskim Karabachu ponownie rozpaliła antyturecką retorykę na arenie międzynarodowej. Turcja pod przywództwem prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana wspierała Azerbejdżan, aby pomóc temu krajowi w odzyskaniu terytoriów okupowanych przez Ormian.
Premier Armenii Nikol Paszynian popełnił ogromny błąd, atakując 12 lipca region Tovuz w Azerbejdżanie. Aby zatuszować swoje błędne obliczenia, premier Armenii nasilił przemoc i podsycił nastroje antytureckie i antyerdoğanowskie, oskarżając Ankarę o „wznowienie ludobójstwo” – tak jakby konflikt rozpoczął Erdoğan, a nie Pashinyan. Niektóre grupy w Stanach Zjednoczonych, Europie i Zatoce Perskiej również podzieliły się twierdzeniami Armenii.
Można łatwo pomyśleć, że Armenia w ostatnich tygodniach walczyła z Turcją, a nie Azerbejdżanem. Francuski magazyn nazwał nawet starcia w Górskim Karabachu „nową wojną Erdoğana”. Mówi się, że turecki prezydent otworzył nowy front na Kaukazie Południowym po operacjach w Syrii, Libii, wschodnim regionie Morza Śródziemnego, Iraku i na Cyprze.
Francuski magazyn Le Point wyniósł antyerdoğanizm na wyższy poziom, porównując prezydenta Turcji do Adolfa Hitlera i oskarżając go o promowanie osmańskiego nacjonalizmu w celu „powrotu do starych, dobrych czasów”. Magazyn zwrócił uwagę, że Erdoğan po raz kolejny skradł uwagę Emmanuela Macrona, co niewątpliwie jest przyczyną obecnej agresywności Francji.
Azerbejdżan otwarcie kwestionuje zaangażowanie Francji w Grupę Mińską i nalega, aby Turcja zasiadła przy stole negocjacyjnym. Macron może sądzić, że czepianie się ogromnego doświadczenia Erdoğana to dobry sposób na ukrycie własnego braku doświadczenia, ale nikogo nie oszukuje. Rozpaczliwa agresywność eurocentrycznej próżności jest aż nazbyt znajoma.
Ilekroć Ankara dokonuje nowego ruchu w polityce zagranicznej, zachodnie media wymyślają nowe etykiety, które niekoniecznie są kompatybilne z innymi: Nowy sułtan. Kalif. Dyktator. Wydaje się, że twórcy ideologicznie naładowanej walki z Turcją nie mogą się zdecydować. Czy Erdoğan jest islamistycznym przywódcą Bractwa Muzułmańskiego? Czy jest neoosmanistą? Panturkista czy eurazjatyk? A może przywódcą, który przyjął nacjonalizm, aby nadrobić spadającą popularność? Neokemalista?
Oczywiście turecki prezydent nie jest żadną z tych osób. Jest silnym, doświadczonym i utalentowanym przywódcą, który stara się chronić interesy narodowe Turcji.
Aktywizm Turcji w ramach nowej polityki zagranicznej nie jest zakorzeniony w ideologii, ale odzwierciedla umiejętność dostrzegania zmian w sprawach regionalnych i globalnych. Celem kraju nie jest ekspansja terytorialna, ale wzmocnienie swojej sprawczości.
Le Point z pewnością wyniósł antyturecką retorykę na wyższy poziom, dokonując porównań między nieoficjalnym pseudonimem Erdoğana „Reis” (szef) a słowem „Führer”. Przeciwnicy Turcji dodają bajki o agresji militarnej do swoich istniejących historii o autorytaryzmie. U podstaw tej nowej retoryki leży niezadowolenie z powodu operacji wojskowych Turcji, które miały na celu ochronę jej interesów. Starają się wycelować w militarny ślad Turcji w Syrii, Libii, Katarze, Iraku, wschodnim regionie Morza Śródziemnego i na Cyprze – nie wspominając o stylu przywództwa Erdoğana i jego zdolności do podejmowania inicjatywy w czasach kryzysu. Rzeczywiście są zazdrośni o najnowsze posunięcia i inicjatywy Turcji.
Ci sami ludzie, którzy nie kwestionują obecności wojskowej Stanów Zjednoczonych, Rosji czy Francji w tych częściach świata, w dalszym ciągu atakują Erdoğana, próbując powstrzymać Turcję. Ankara spotyka się z zarzutem ekspansjonizmu, gdy próbuje pomóc w zarządzaniu kryzysami we własnej części świata.
Sądząc po tej retoryce, można by pomyśleć, że Bashar Assad i jego sponsorzy, Rosja i Iran, nie rozpoczęli wojny domowej w Syrii. Można założyć, że puczysta gen. Khalifa Haftar i jego sponsorzy, w tym Francja, wypowiedzieli wojnę uznanemu przez ONZ rządowi Libii. Można wręcz pomyśleć, że Nikol Paszynian i jego lekkomyślni sponsorzy nie wznowili walk w Górskim Karabachu. Można przypuszczać, że Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie nie zablokowały Kataru i nie próbowały obalić jego rządu.
„Konkurencja wielkich mocarstw” stała się nazwą gry na arenie międzynarodowej, w której Stany Zjednoczone tworzą próżnię władzy, wycofując się z teatrów regionalnych i globalnych. Rosja, Iran i Izrael przyspieszają w grze. Jest to czas, w którym nieobecność w teatrze często skutkuje niemożnością ochrony jego praw. W tych okolicznościach nikt nie ma prawa nakazać Turcji powstrzymania się od stosowania twardej siły



