Wszystkie wybory od dziesięcioleci nazywane są najważniejszymi. Tak naprawdę jest: w ofercie są dwie bardzo różne ścieżki na przyszłość.
„Jak sprawdza się u Ciebie ta pełna nadziei i zmieniająca się nadzieja?” – zapytała w pamiętny sposób Sarah Palin, republikańska kandydatka na wiceprezydenta w ostatnich wyborach w 2010 roku, drwiąc z bezczelnych haseł kampanii Baracka Obamy sprzed dwóch lat. 6 listopada wielu wyborców będzie zadawało sobie mniej więcej to samo pytanie, podejmując decyzję o przyznaniu Obamie drugiej kadencji. W ciągu ostatnich czterech lat hasła te nie zyskały na wadze – obecnie Obama chce iść „Naprzód”; jego rywal, Mitt Romney, woli „wierzyć w Amerykę”, ale stawka jest, jeśli w ogóle, wyższa. Przepaść dzieląca politykę obu kandydatów i ich partii wydaje się większa niż podczas jakichkolwiek wyborów, jakie pamiętamy.
Romney chce znacznie mniejszego rządu (z wyjątkiem sytuacji, w której chodzi o przerzucenie ciężaru Ameryki za granicę, gdzie chce zwiększyć wydatki na obronę z 3.4% PKB do docelowej wartości 4%). W tym celu proponuje obniżenie podatków, drastyczne ograniczenie wydatków na wszystko inne niż siły zbrojne, przyjęcie poprawki zapewniającej zrównoważony budżet, uchylenie reform Obamy w zakresie opieki zdrowotnej i dokonanie przeglądu dużych programów „uprawnień”, takich jak Medicare, Medicaid i Social Security —rządowe programy odpowiednio opieki zdrowotnej dla osób starszych i ubogich oraz emerytur. Nawet bony żywnościowe, ostatnie schronienie najbiedniejszych w Ameryce, ległyby w gruzach. Wszystkim tym sprzeciwia się Obama, który niedawno stwierdził, że „kraj nie potrzebuje radykalnych zmian”. On także obiecuje zmniejszenie deficytu – ale bez sięgania po tasak. Utrzymując stawki podatków na stałym poziomie dla większości i podnosząc je dla bogatych, twierdzi, że może zmniejszyć dług publiczny, wydając więcej między innymi na infrastrukturę i edukację.
Oprócz tego podstawowego sporu dotyczącego wielkości państwa, oboje nie zgadzają się we wszystkich innych kwestiach. Występują typowe rozłamy w kwestii „wartości”: pan Romney chce zakazać małżeństw homoseksualnych i, w prawie wszystkich przypadkach, aborcji, choć żaden z tych kroków nie leży w kompetencji prezydenta. Obama jest zdecydowanie zwolennikiem wyboru i po wielu wahaniach twierdzi obecnie, że popiera małżeństwa homoseksualne. Imigracja to kolejna błędna linia. Obama udzielił ułaskawienia niektórym nielegalnym imigrantom żyjącym w obawie przed deportacją i twierdzi, że chciałby zrobić więcej, gdyby tylko Kongres się zgodził. Romney chce tak uprzykrzyć życie wszystkim mieszkańcom kraju bez pozwolenia, że „samodeportują się”, chociaż obiecuje również rozszerzenie legalnej imigracji.
Romney jest także jastrzębiem w polityce zagranicznej. Narzeka, że Obama spędza zbyt dużo czasu na przepraszaniu za swój kraj. Obiecuje zastraszyć kraje, które przemierzyły Amerykę, w tym Chiny, Iran, Rosję i Wenezuelę, oraz wzmocnić ich sojuszników, w tym najważniejszy Izrael. Obama lekceważy swojego rywala jako niedoświadczonego w takich sprawach, a jego wypowiedzi jako „przechwałki i pomyłki”. Niedawne gafy kandydata Partii Republikańskiej zwykle wzmacniają argumentację prezydenta.
Kolejna wyraźna różnica dotyczy globalnego ocieplenia. Obama próbował nakłonić Kongres do ograniczenia emisji gazów cieplarnianych poprzez program „limit i handel”. Kiedy to się nie powiodło, jego administracja kontynuowała wprowadzanie regulacji w tym samym celu na mocy ustawy o czystym powietrzu. Romney chce zmienić ustawę, aby to uniemożliwić, i twierdzi, że przyczyny i skutki globalnego ocieplenia są zbyt niepewne, aby uzasadniać kosztowne środki zaradcze.
To wciąż ekonomia
Inaczej mówiąc, wyborcy mają nad czym się zastanawiać. Wygląda na to, że decyzja ta wydała im się bolesna. Większość sondaży wskazuje, że od miesięcy obaj kandydaci są blisko siebie, choć ostatnio Obama wykazuje oznaki wycofywania się. Amerykanie często nie rezygnują z urzędujących prezydentów: w ciągu ostatnich 70 lat tylko trzem – Geraldowi Fordowi, Jimmy’emu Carterowi i George’owi Bushowi seniorowi – udało się wejść na urząd po jednej kadencji.
Z drugiej strony, za największe zagrożenie dla urzędującego urzędu uważa się zazwyczaj słabą gospodarkę, a od ponad 70 lat w momencie wyborów bezrobocie było tak wysokie. Sam Obama powiedział w 2009 roku, że jeśli nie uda mu się uporać z odziedziczonym bałaganem gospodarczym, jego prezydentura będzie trwać jedną kadencję.
Dało to Romneyowi nadzieję i strategię. Bez przerwy krytykował Obamę za złe zarządzanie gospodarką. Jego zdaniem bodźce prezydenta przyniosły duże zadłużenie, ale żadnego wzrostu; mediana dochodów spadła (o 4.6% od połowy 2009 r.); jego reformy opieki zdrowotnej obciążają małe przedsiębiorstwa; przepisy dotyczące ochrony środowiska dławią produkcję energii w Ameryce. Romney wykorzystał uwagę prezydenta: „Ty tego nie zbudowałeś!” – podkreślając, że nawet przedsiębiorcy odnoszący największe sukcesy w budowaniu swoich przedsiębiorstw polegali w pewnym stopniu na usługach rządowych przy budowaniu swoich przedsiębiorstw – aby zasugerować, że Obama jest wrogi do samej przedsiębiorczości. Argumentuje się, że prezydent mógł odziedziczyć ponure perspektywy na rok 2008, ale jego polityka pogorszyła sytuację.
Ten atak rezonuje. Zdecydowana większość Amerykanów mówi ankieterom, że kraj zmierza w złym kierunku. Jedną z niewielu dziedzin polityki, w odniesieniu do której wyborcy zwykle oceniają Romneya wyżej niż Obamę, jest gospodarka, choć ostatnio sytuacja ta uległa niewielkiej zmianie. Dla pana Romneya najważniejsze jest to, że to niezadowolenie gospodarcze podzielają Amerykanie wszelkiego rodzaju: młodzi i starzy, bogaci i biedni, mężczyźni i kobiety, biali i przedstawiciele mniejszości.
Obama próbował temu przeciwdziałać, podkreślając politykę, za którą opowiadał się, aby pomóc każdej z tych grup społeczeństwa. Według niego kobiety mają się lepiej dzięki podpisanej przez niego ustawie ułatwiającej im pozywanie o równą płacę oraz dzięki klauzulom zawartym w jego reformach opieki zdrowotnej, zobowiązującym ubezpieczycieli do oferowania bezpłatnych środków zapobiegawczych, takich jak rak piersi badania przesiewowe i, co kontrowersyjne, antykoncepcja. Latynosom przypomina się ulga, jaką prezydent udzielił dla „marzycieli” – nielegalnych imigrantów przywiezionych do Ameryki jako dzieci. W przypadku młodych ludzi Obama podkreśla rozszerzenie zakresu stypendiów i niskooprocentowanych pożyczek dla studentów. Starszym opowiada o swoim zaangażowaniu w zachowanie Medicare w jego obecnej formie, zamiast przyjmować rodzaj programu bonów, jaki proponuje pan Romney. Dla pracowników fizycznych jest zbawicielem przemysłu samochodowego. Do jednego i wszystkich trąbi o wydaniu rozkazu nalotu, w którym zginął Osama bin Laden.
Jednak główną strategią prezydenta jest demonizowanie przeciwnika. Obama i jego zwolennicy przedstawili Romneya, byłego szefa Bain Capital, jako korporacyjnego pasożyta, który wysysa duże zyski z przedsiębiorstw, nawet gdy zwalniano pracowników i załamywały się bilanse. Zakwestionowali jego niezamieszczenie zeznań podatkowych za ponad dwa lata. Sugerują, że Romney jako prezydent zrobiłby znacznie więcej dla bogatych i niezasługujących na to niż dla klasy średniej i borykającej się z problemami.
To także jest atak, który rezonuje z wyborcami. Romney, posiadający majątek osobisty wynoszący około 250 mln dolarów (a co najmniej jeden z powierników twierdzi, że jest znacznie większy), jest najbogatszym kandydatem na prezydenta od pokoleń. Ma skłonność do bezczelnych uwag, które podkreślają przepaść między nim a większością Amerykanów: jak zna kilku właścicieli zespołów wyścigowych lub jak jego żona jeździ „parą cadillaców”. Na szlaku kampanii często zachowuje się sztywno i nieprzekonująco, ma niefortunny zwyczaj recytowania tekstów pieśni patriotycznych ponurym, monotonnym tonem. W sondażach większość respondentów zakłada, że Obama lepiej rozumie problemy, z jakimi się borykają. Większość zwykle wyraża nieprzychylną opinię o Romneyu, co stanowi bezprecedensowy deficyt dobrej woli u pretendenta tak blisko dnia wyborów.
Inaczej mówiąc, wybory to wyścig między kulejącymi kandydatami. Obaj mężczyźni mają niewątpliwie wiele godnych podziwu cech. Obama nadal wygłasza podłe przemówienie, a jego historia pozostaje inspirująca. Jednak jego talent do tworzenia wizji lepszej Ameryki wydaje się nieco pusty po czterech latach słabego wzrostu i coraz ostrzejszej partyzanckiej retoryki. Jego cele tym razem, takie jak zmniejszenie o połowę stopy inflacji czesnego na uczelniach i utworzenie 600,000 tys. nowych miejsc pracy w branży gazu ziemnego, wydają się stosunkowo błahe. Być może dzieje się tak dlatego, że wiele z jego pierwotnych obietnic (zmniejszenie o połowę deficytu, zamknięcie obozu jenieckiego w Zatoce Guantanamo, rozpoczęcie powstrzymywania podnoszenia się poziomu oceanów) zostało porzuconych.
Tymczasem Romney jest niezwykle zdolnym biznesmenem. Oprócz stworzenia niezwykle odnoszącej sukcesy spółki private equity, udało mu się odwrócić losy nieudanych zimowych igrzysk olimpijskich w Salt Lake City w 2002 r. Jako gubernator Massachusetts zarządzał stanem w sposób pragmatyczny, współpracując z legislaturą Demokratów w celu zamknięcia poważne niedobory budżetowe, częściowo poprzez zwiększenie dochodów, oraz do przyjęcia reform opieki zdrowotnej, na których opierała się reforma Obamy.
Aby jednak wygrać prawybory Republikanów, Romney skręcił daleko na prawicę, rezygnując absolutnie z wszelkich środków zwiększania dochodów, nawet w dążeniu do znacznie większych cięć wydatków, przyjmując społecznie konserwatywne poglądy na temat aborcji, małżeństw homoseksualnych i tym podobnych, obiecując rozprawienie się z nielegalnymi imigracji i wyrzeczenie się własnych reform zdrowotnych. Przechwalał się, że jest „zdecydowanie konserwatywnym” gubernatorem, nagle wymyślił plan całkowitego obniżenia podatków dochodowych o 20% i wyśmiewał „47%” Amerykanów, którzy byli zobowiązani poprzeć Obamę, ponieważ nie płacą podatku dochodowego.
Nie tylko zniechęciło to wielu wahających się wyborców, ale także ugruntowało wrażenie, że Romney to błazen. Pogorszył sytuację, wybierając na swojego kandydata na kandydata Paula Ryana, kongresmena znanego z determinacji w powstrzymaniu niezrównoważonego wzrostu kosztów Medicare, zanim natychmiast oświadczył, że wycofa się z cięć w Medicare, które przewidywał Ryan. Tam, gdzie stanowiska pana Romneya nie są zagmatwane lub niespójne, często są niejasne.
Zwykły potok obraźliwych reklam podsyca społeczne wątpliwości co do kandydatów. Na te wybory zostanie wydanych więcej pieniędzy niż na jakiekolwiek poprzednie – i to nie licząc zalewu „niezależnych wydatków”, które nie są formalnie powiązane z żadną partią lub kandydatem, a mimo to mają na celu wywarcie wpływu na wyścig. Nie trzeba dodawać, że prawie cała ta reklama jest negatywna.
Krótko mówiąc, tam, gdzie wcześniej była nadzieja i zmiana, teraz jest strach i wstręt. Zniekształcenia i wyzwiska będą się nasilać w ciągu następnego miesiąca. Tymczasem jedynie trzy debaty dają szansę na zmianę przebiegu wyścigu. Zwycięzca będzie musiał pokonać wiele, łącznie z przygnębiającym procesem selekcji.
(Ekonomista)



