Kiedy Barack Obama wygrał wybory prezydenckie w USA w 2008 roku, mieszkańcy Islamabadu wymieniali SMS-y z gratulacjami.
Kiedy wygłaszał w Chicago swoje słynne przemówienie „tak, możemy” o zwycięstwie, mieszkańcy Islamabadu z niecierpliwością oglądali całą transmisję na żywo, wiwatując lub wykrzykując każde zdanie. Niektórzy skończyli płacząc łzami radości.
Melodramatyczna reakcja Pakistanu na politykę amerykańską dotyczyła wyłącznie tamtego czasu. Był to i nadal jest raczej wyjątek niż reguła.
Jak dotąd tegoroczne wybory w USA pojawiały się jedynie w międzynarodowych wiadomościach, w sztandarowych biuletynach, na wewnętrznych stronach anglojęzycznych gazet i od czasu do czasu w wieczornych programach publicystycznych. Nie jest to coś, o czym ludzie rozmawiają z przyjaciółmi i współpracownikami. Niektórzy ze względu na charakter swojej pracy czują się zobowiązani do bycia na bieżąco z wydarzeniami na świecie. Są tacy, których interesy są powiązane z decyzjami podjętymi w Waszyngtonie. To jedyni ludzie, którzy śledzą historię wyborów w USA.
Ludzi, o których mówię, można luźno nazwać „społeczeństwem obywatelskim” Islamabadu. To ludzie, którzy mają dobre intencje, ale ludzie, którzy mają na myśli co innego. Są wśród nich studenci i nauczyciele, lewacy, współcześni islamiści, artyści i pisarze, biznesmeni i profesjonaliści, ludzie, którzy chcą rewolucji w Pakistanie już teraz i ludzie, którzy pogodzili się z faktem, że nie wydarzy się ona za ich życia – i są bardzo nieliczne.
Dla większości średniej i niższej klasy średniej w Islamabadzie wyścig o urząd prezydenta w USA ma jedynie marginalne znaczenie.
Człowiek na ulicach Islamabadu jest całkiem jasny w swoim przekonaniu, że Stany Zjednoczone to jedna lub kilka z poniższych: szatan, tyran, nosiciel flagowy brutalnego kapitalizmu, wróg islamu, przyjaciel i dobroczyńca Izraela, oślepiające światło nowoczesności, otchłań moralnej deprawacji, brzydka twarz imperializmu i inne epitety nadawane z ambony meczetów, wymawiane na ulicznych banerach i graffiti, a także odbijające się echem na stronach op-ed gazet w języku urdu.
Miarą sukcesu programu antyamerykańskiego jest to, że publiczna nienawiść do Ameryki przyćmiewa dziś fakty z taką samą łatwością, jak miało to miejsce w latach 1980.
Kiedy ukazała się powieść Salmana Rushdiego „Szatańskie wersety” – która została natychmiast zakazana przez Pakistan – tysiące ludzi dało upust swojej złości na brytyjskiego autora indyjskiego pochodzenia (którego książka została opublikowana w Anglii), demonstrując w amerykańskiej misji w Islamabadzie.
Kiedy w Norwegii zostaną opublikowane „bolesne” kreskówki, kilka Pizza Hut zostanie spalonych w Karachi i Lahore. Kiedy mężczyzna podający się za koptyjskiego chrześcijanina mieszkający w Stanach Zjednoczonych robi tanią parodię filmu o islamie – prawdopodobnie po to, aby podsycić ogień nienawiści religijnej na Bliskim Wschodzie – dwudziestu Pakistańczyków ginie podczas protestów, które nastąpiły, próbując dotrzeć do amerykańskich placówek dyplomatycznych i kulturalnych misji w kraju.
Pakistańczycy są także dość pogodzeni z faktem, że rząd w Islamabadzie – na którego czele stoi na przemian prawicowa Liga Muzułmańska lub „postępowa” Pakistańska Partia Ludowa (PPP) – jest zawsze bardziej lojalny wobec Stanów Zjednoczonych niż własnego narodu, oraz że każdy rząd USA – czy to Demokrata, czy Republikanin – zawsze wspiera wojskowych i cywilnych despotów w Islamabadzie i dlatego zawsze jest przeciwny zwykłym Pakistańczykom.
Ale rok 2008 był inny.
Pakistańczycy właśnie pozbyli się generała Perveza Musharrafa i głosowali za rządem koalicyjnym pod przewodnictwem PPP. Politycy wszystkich odcieni przemawiali jak jeden mąż w imieniu zwykłego człowieka; pojednanie, konsensus i zmiana były modnymi hasłami. Reklamowano demokrację jako najlepszą zemstę na siłach niedemokratycznych.
Ruch masowy, kierowany przez prawników, domagał się przywrócenia na stanowiska prawie 60 sędziów sądów wyższej instancji, którzy zostali umieszczeni w areszcie domowym przez Musharrafa. Ruch nabierał tempa i wydawało się, że ustanowienie rządów prawa to tylko kwestia dni.
Kiedy w listopadzie odbędą się wybory, wiatr zmian powieje także w odległych Stanach Zjednoczonych. Stało się coś nie do pomyślenia. Obama – czarny imigrant z pierwszego pokolenia – został wybrany na przywódcę jedynego supermocarstwa.
Dla Pakistańczyków moment i czas poprzedzający zwycięstwo Obamy były zbyt kuszące, aby je zignorować i uznać za zbieg okoliczności. Pakistan się zmieniał i USA zmieniały się – na lepsze.
Na świecie wreszcie zapanował pokój i dobrobyt dla wszystkich. A to, co Obama powiedział w Chicago, skierowane wyłącznie do Amerykanów, zostało odebrane jako powiedziane do Pakistańczyków: „To jest nasz moment. To jest nasz czas – aby przywrócić naszym ludziom pracę i otworzyć drzwi możliwości dla naszych dzieci, przywrócić dobrobyt i promować sprawę pokoju”.
Przejdźmy szybko do roku 2012. Pakistan pozostaje w strzępach i bez nadziei. Szerząca się korupcja, żałosna niekompetencja i bezduszność wobec losu narodu to cechy charakterystyczne ostatniego etapu „powrotu do demokracji” Pakistanu, odnawiającego cykliczny apetyt społeczeństwa na rządy wojskowe.
Na siedmiu morzach prezydentura Obamy również przyniosła rozczarowanie. W świadomości wielu Pakistańczyków Stany Zjednoczone okazały się tym samym dwulicowym hipokrytą, za jakiego zawsze uważały – broniąc wolności słowa w odniesieniu do antymuzułmańskiej propagandy, takiej jak film Mahomet, a jednocześnie potępiając antysemityzm i ostro krytykuje rządową witrynę WikiLeaks dotyczącą sygnalizowania nieprawidłowości.
Jednocześnie stosunki amerykańsko-pakistańskie są na najniższym w historii poziomie. Tutaj, w Islamabadzie, jesteśmy tam, gdzie zawsze byliśmy: państwo żyjące na krawędzi etykietki porażki, z ludnością, która w dużej mierze wierzy, że Ameryka jest rzeczywiście szatanem, tyranem i ciemiężycielem, współpracującym z naszym rządem i naszymi wojsko, przeciwko nam.
Zmiana to miraż, jak mówią. Nadzieja jest zajebista. Życie jest nieszczęśliwe, a śmierć przychodzi tanio.
Zainteresowanie wyborami w USA? Politykom pakistańskim będzie trudno zainteresować ludzi ich własnymi wyborami, które odbędą się za kilka miesięcy. Obama może wygrać lub przegrać, bez względu na Pakistańczyków, przeciwko… jak nazywa się jego przeciwnik?



