CZASEM współczesne debaty polityczne okazują się starożytnymi argumentami. John Stuart Mill jest powszechnie uważany za uosobienie wiktoriańskiego liberała, zwolennika wolności słowa i autora klasycznego dzieła „O wolności”, który głosił teorię, że jednostka powinna mieć swobodę robienia tego, co chce, chyba że krzywdzi innych.
Współczesny czytelnik może być jednak zaskoczony niektórymi jego poglądami. Pisze to w swoich „Rozważaniach na temat rządu przedstawicielskiego”.
Zatem żaden układ prawa wyborczego nie może być trwale zadowalający, w którym jakakolwiek osoba lub klasa jest całkowicie wykluczona – w którym przywilej wyborczy nie jest dostępny dla wszystkich osób pełnoletnich, które chcą go uzyskać.
Ale jego następne zdanie zaczyna się
Istnieją jednak pewne wyjątki…
Na początek uważa, że nikt nie powinien móc głosować bez
umieć czytać, pisać i dodam, wykonywać typowe działania arytmetyczne.
W tym sensie Mill wpisywał się w tradycję sięgającą czasów Platona i Arystotelesa, którzy obawiali się, że ignorant będzie rządził mądrymi. Następnie zajmuje się inną starożytną obawą, że biedni mogą tyranizować bogatych. Współczesnemu czytelnikowi (a przynajmniej temu) nagle przypomina się Mitt Romney i jego 47%. Mill nie uważa, że ludzie powinni głosować, jeśli nie płacą podatków dochodowych (a nie od sprzedaży).
Zgromadzenie głosujące w sprawie podatków, czy to powszechnych, czy lokalnych, powinno być wybierane wyłącznie przez tych, którzy płacą coś na poczet nakładanych podatków.
Ci, którzy nie płacą podatków, rozporządzając swoimi głosami cudzymi pieniędzmi, mają wszelkie powody, aby być rozrzutnymi i nie mają żadnego powodu do oszczędzania.
Dodaje dalej, że należy wykluczyć również osoby, które otrzymały ulgę parafialną, wiktoriański odpowiednik zasiłku dla bezrobotnych.
Ten, kto własną pracą nie może wystarczyć na własne utrzymanie, nie ma prawa do przywileju pomagania sobie pieniędzmi innych.
Oczywiście pan Romney nie sugerował wykluczenia takich wyborców z rejestru (i, jak wiele razy podkreślano, większość z jego 47% rzeczywiście płaci podatki od wynagrodzeń lub jest w podeszłym wieku i była w przeszłości podatnikami podatku dochodowego). Uderzające jest jednak to, że wielki myśliciel liberalny zajmował się podobnymi kwestiami. Pierwotnym dążeniem do szerszego prawa wyborczego było to, że ludzie płacący podatki powinni mieć wpływ na sposób ich wydawania; parlamentarzyści biorący udział w angielskiej wojnie domowej walczyli w tej kwestii i oczywiście amerykańscy koloniści opowiadali się za „Żadnym opodatkowaniem bez reprezentacji”.
Łatwo jednak zapomnieć, że wielu wierzyło w konkluzję – brak reprezentacji bez opodatkowania. Jeszcze pod koniec lat 1980. Margaret Thatcher przeforsowała reformę brytyjskiego podatku lokalnego – pogłównego, jak go nazwano – w przekonaniu, że samorządy lokalne pobierały pieniądze od płatników z klasy średniej i rozdawały je pozostałym, którzy nie wpłacali żadnych składek. . Ona również powtórzyła słowa Milla, ponieważ twierdził, że odpowiedzią na jego problem z podatkami/reprezentacją jest pobranie a per capita obciążać wszystkich. W ten sposób przeciętny obywatel stałby się bardziej uważny w kwestii tego, jak wydawane są jego pieniądze.
Myślę, że te kwestie, dość niezdarnie ujęte przez pana Romneya, mogą mieć większy oddźwięk, niż mogłyby sugerować niedawne nagłówki gazet. Powojenne ustalenia były takie, że państwo opiekuńcze kupi spokój społeczny po okropnościach lat trzydziestych i czterdziestych XX wieku. Dzięki boomowi po 1930 r. wydawało się to wyjątkowo przystępne. Nie był on jednak stosowany jako podstawowa siatka bezpieczeństwa; w istocie, jak wskazano w niedawnym poście, nastąpił ogromny wzrost ulg i dotacji dla zamożniejszych, tak że w ujęciu pieniężnym bogaci otrzymują znacznie wyższe dotacje niż biedni. Argument na rzecz takiej ulgi mógł dotyczyć efektywności ekonomicznej, ale miał też element polityczny; poparcie dla opieki społecznej wśród klas średnich i wyższych mogłoby być wyższe, gdyby postrzegały one siebie jako czerpiące korzyści.
Jednak stan karty kredytowej osiągnął swój limit – zwłaszcza w niektórych częściach Europy – i wprowadzane są cięcia. I tak odżywają stare argumenty – związek między wolnością a równością; pomiędzy efektywnością ekonomiczną a sprawiedliwością społeczną; oraz jak pogodzić wybory wyborcze społeczeństwa z ograniczeniami budżetu państwa. O wyniku może zadecydować czysta władza – siła lobbowania tych, którzy korzystają z dotacji i ulg podatkowych, w porównaniu z siłą głosu tych, którzy polegają na stanowiskach i świadczeniach w sektorze publicznym.
AKTUALIZACJA: Po namyśle należało stwierdzić, że po wydaniu Milla klasyczna obrona demokracji w rzeczywistości przesunęła się z kwestii finansowych na kwestie prawne. Niezależnie od podatków, każdy obywatel danego narodu jest związany prawami tego narodu i dlatego powinien mieć wpływ na ich ustalanie. Mill żył w epoce, w której państwo było mniej inwazyjne, więc mógł nie myśleć o rzeczach w ten sposób. Należy pamiętać, że wierzył także w liczbę mnogą głosów na osoby wykonujące określone zawody i absolwentów szkół wyższych; żaden „liberał”, niezależnie od jego definicji, nie uwierzyłby dzisiaj w coś takiego.
(Ekonomista)


