W obliczu dramatycznego zaostrzenia się wyścigu wyborczego Barack Obama dokonuje przeglądu swojej taktyki.
Dla przypomnienia, jak niezwykłe były wybory w 2008 roku, przyjrzyjmy się przebojowi wideo z tego roku „Yes We Can” autorstwa hiphopowego artysty will.i.am. Czarno-biały film, oglądany w Internecie wiele milionów razy, był oprawą muzyczną przemówienia wyborczego Baracka Obamy. Przy dźwiękach gitary akustycznej i brzęczeniu fortepianu najróżniejsi ludzie nucili materiał filmowy, na którym Obama składa serię przysięg: że nic nie stanie na przeszkodzie milionom wzywającym do zmian, że Amerykanie nie są tak podzieleni jak ich polityka sugeruje, że ich naród może zostać uzdrowiony, a świat naprawiony, jeśli tylko zapamiętają trzywyrazowe credo: „Tak, możemy”.
Mówi to coś o utrzymującej się sile zwycięstwa Obamy – zwycięstwa na platformie pojednania rasowego i politycznego – że po ponownym obejrzeniu dzisiaj film jest raczej wzruszający niż śmieszny. Szczególnie bolesny moment ukazuje młodego Obamę z 2008 roku, który gardzi radą, aby nie dawać wyborcom fałszywej nadziei, i odpowiada, że w Ameryce: „Nigdy nie było nic fałszywego w nadziei”.
Powiedz to 15,000-tysięcznemu tłumowi, który 9 października tłoczył się w trawiastym owalu na Uniwersytecie Stanowym Ohio w Columbus, aby zobaczyć, jak Obama błaga o reelekcję. Aby ich rozpalić, ponownie wezwano do służby will.i.ama, przedstawiając prezydenta ogłuszającą składanką taneczną. „Jeszcze cztery, jeszcze cztery, jeszcze cztery lata” – zawołał piosenkarz z minisceny na obrzeżach wiecu, zachęcając publiczność, aby przyłączyła się do jego skandowania i podniosła ręce. Podniosły się tylko rozproszone ręce. Większość tłumu zachowała czujność.
Przemówienie Obamy również było nieco monotonne. Prezydent potknął się o swoje słowa, próbując w żartobliwy sposób nawiązać do debaty prezydenckiej, która odbyła się tydzień wcześniej. Pomysł polegał na tym, aby wyśmiewać Mitta Romneya za wskazanie Wielkiego Ptaka, gwiazdy (minimalnie) wspieranego przez państwo programu telewizyjnego dla dzieci, jako przykład marnotrawstwa rządu. Wydaje się, że Obama ma obecnie trudności z prostymi dźgnięciami. Długi i zacięty atak na obietnice podatkowe Romneya sprawił, że zabrzmiało to jak weryfikator faktów, a nie jak prezydent.
Republikanie mają wyjaśnienie nieszczęść Obamy: okazuje się, że jest on człowiekiem pozbawionym pomysłów. Nie mając już nic do wypróbowania, porzucił nadzieję i zmiany i ma nadzieję „domyślnie” wygrać wybory w 2012 roku. Na szlaku kampanii zwolenników Romneya wyraźnie pobudziły siły sondaże po debacie, które dały ich wyborcy ogólnokrajowe odbicie aż o 12 punktów i zasugerowały, że kluczowe stany wahadłowe osiągnęły remis (nawet gdy narzekają, że sondaże są produktem liberalnej machiny kłamstw). Przed debatą wiceprezydenta, która odbędzie się 11 października, Republikanom kręciło się w głowie na myśl, że ich kandydat Paul Ryan zmierzy się ze skłonnym do gaf urzędującym urzędującym Joe Bidenem.
Do poszczególnych sondaży należy podchodzić ostrożnie. Ale ostatnia partia powinna niepokoić obóz Obamy. Niegdyś znacząca przewaga Demokratów wśród kobiet i młodych ludzi wygląda na bardziej kruchą, niż przypuszczano, a sondaż Pew Research Center wykazał, że 18-punktowa przewaga kobiet zakończyła się remisem. Wyraźną większością wyborcy powiedzieli Pew, że Obama „nie wie, jak odmienić gospodarkę” i że Romney jest kandydatem z „nowymi pomysłami”. Aż sześciu na dziesięciu zgadza się, że Romney „obiecuje więcej, niż może zapewnić”, jednak z wyraźną większością uważa, że Republikanin poradziłby sobie lepiej, jeśli chodzi o zatrudnienie i deficyt. W podsumowaniu Andrew Kohuta, szefa Pew Research, elektorat uważa, że Romney obiecuje zbyt wiele, ale prezydent nie wie, co zrobić. Romney ma obecnie przewagę o 1.5% w średniej kroczącej wszystkich sondaży RealClearPolitics.
Jest jednak zbyt wcześnie, aby ogłosić koniec wyścigu. Największym problemem Obamy nie jest to, że skończyły mu się pomysły. Prezydenta boli to, że pomysłów ma mnóstwo, ale w większości są to te same, które propaguje od chwili objęcia urzędu. Jego argumentem jest to, że potrzebują czasu, aby przynieść owoce. Niestety, jak może zaświadczyć will.i.am, „Jeszcze cztery lata” jest mniej poruszającym okrzykiem bojowym niż „Tak, możemy”.
Zwolennicy Obamy są skłonni dać swojemu prezydentowi więcej czasu na dokończenie pracy rozpoczętej w 2008 roku. Studenci obecni na wiecu w Columbus mówili, że Obama odziedziczył bałagan, którego żaden przywódca nie jest w stanie naprawić w ciągu jednej kadencji. Wyścig zacieśnienia polityki pieniężnej może pobudzić niektórych Demokratów. Wyborcy Obamy, którzy oddawali karty do głosowania przedwcześnie na przedmieściach Columbus, mówili, że po ciężkim tygodniu podają swojemu prezydentowi „pomocną dłoń”.
Być może ja nie mogę, ale on też nie
Niebezpieczeństwo dla prezydenta leży wśród wahających się wyborców, którzy myślą o roku 2008 z bólem rozczarowania. Wśród rozczarowanych pretendent oferujący nowe pomysły zaczyna z przewagą nad urzędującym, obiecując, że jego pomysły w pewnym momencie się sprawdzą. Wydaje się, że Obama o tym wie, sądząc po najnowszej wersji jego przemówienia. Z większą przejrzystością niż wcześniej wymienia osiągnięcia – od zakończenia wojny w Iraku po ratowanie przemysłu samochodowego – i sugeruje, że plany pana Romneya wcale nie są nowe, lecz raczej przeróbka starych pomysłów republikańskich, które spowodowały załamanie gospodarcze i wciągnął Amerykę w niekończące się wojny. Jak powiedział Obama: „To nie jest zmiana, to jest nawrót”.
W rzeczywistości Obama obstawia, że uda mu się przedstawić idee Romneya jako starsze, nieaktualne i bardziej zdyskredytowane niż jego własna polityka z 2008 roku. To będzie trudne do udźwignięcia. Ale może nie mieć wielkiego wyboru. Jego poprzednia strategia – przedstawianie Romneya jako bezdusznego plutokraty ukrywającego swoje prawdziwe plany przed elektoratem – może odnieść skutek. Jeśli najnowsze sondaże są prawidłowe, wyborcy zgadzają się, że Romney kłamie, ale nadal uważają go za bardziej kompetentnego, jeśli chodzi o główne zadanie, jakim jest naprawa gospodarki. Taki uprzedzający cynizm wyborców zmniejsza dla Demokratów wartość sprawdzania faktów (wprawdzie niejasnych) obietnic politycznych Romneya.
Ostatnie tygodnie tej kampanii zapowiadają się zarówno ekscytująco, jak i paskudnie. Zamiast nachalnej retoryki na temat tego, co można zrobić, spodziewaj się usłyszeć o tym, czego nie można. Ktoś w końcu musi wygrać, ale nikt nie będzie komponował tych wyborów z muzyką.
(Ekonomista)



