BRYTANIA lubi postrzegać siebie jako lidera w walce z nielegalnym finansami i korupcją. Władze wypowiadają się ostatnio jeszcze ostrzej, gdyż pogarszające się relacje z Rosją zwróciły uwagę na liczbę oligarchów mających interesy w Londynie. Każdy, kto chce ukryć brudne pieniądze, „nie powinien mieć wątpliwości, że po nie przyjdziemy” – ostrzega Ben Wallace, minister ds. przestępczości gospodarczej.
W istocie sprawozdanie sugeruje, że złoczyńcy mogą spać spokojnie (zob artykuł). Narodowa Agencja ds. Przestępczości (NCA) szacuje, że co roku przez brytyjskie banki przemyca się „wieleset miliardów funtów” międzynarodowych pieniędzy, w większości od kleptokratów i ich kumpli. Prawie każda duża sprawa dotycząca korupcji transgranicznej w ostatnich latach miała powiązania z Wielką Brytanią lub jej porośniętymi palmami terytoriami zamorskimi. Brytyjskie spółki z ograniczoną odpowiedzialnością były wybieranym narzędziem przez podejrzanych klientów Danske Bank, który jest uwikłany w pranie aż 200 miliardów euro (230 miliardów dolarów).
Niektórzy członkowie rządzącej Partii Konserwatywnej i City argumentują, że wielkie porządki byłyby szkodliwe właśnie wtedy, gdy brytyjskie finanse ryzykują utratę blasku z powodu Brexitu. Ważniejsze jest to, że w kraju, który przeszedł programy ratunkowe i programy oszczędnościowe w następstwie kryzysu finansowego w 2008 r., brak działań w celu rozwiązania problemu brudnych przepływów kapitału może jeszcze bardziej podważyć legitymację kapitalizmu.
Tamiza i wykroczenia
Londyn nie jest wyjątkowy. Inne centra finansowe, w tym Nowy Jork, Dubaj i Singapur, również piorą podejrzaną gotówkę. Im więcej czystych pieniędzy krąży po okolicy, tym łatwiej jest ukryć brudne. Ale Londyn ma wyjątkowo kuszące cechy. Obsługuje ogromne transgraniczne przepływy kapitału. Może pochwalić się językiem angielskim, dobrymi szkołami i, jak na ironię, szanowanym systemem prawnym (który chroni potentatów przed arbitralną grabieżą, jakiej doświadczają w domu). Złagodzone zasady własności są skierowane do bogatych obcokrajowców. Armie prawników i firm zajmujących się public relations specjalizują się w płukaniu reputacji. Surowe przepisy dotyczące zniesławienia pomagają trzymać na dystans wścibskich dziennikarzy i organizacje pozarządowe. Co więcej, Wielka Brytania ma własną sieć tajnych terytoriów przybrzeżnych, nazywanych przez działaczy antykorupcyjnych „drugim imperium”. Krótko mówiąc, Londyn jest idealnym miejscem do prania pieniędzy.
Ludzie podają najróżniejsze powody, aby nie udusić tej złotej gęsi. Ucierpiałyby na tym gałęzie przemysłu pomocniczego zależne od całego tego bogactwa. Ograniczenia mogą odstraszyć legalne inwestycje, zwłaszcza jeśli będą postrzegane jako wymierzone w całe narodowości: wielu Rosjan posiada londyńskie siedziby za pośrednictwem spółek offshore ze względu na ochronę prywatności lub legalne planowanie podatkowe. Niektórzy obawiają się, że uderzy to w rynek nieruchomości i funta właśnie wtedy, gdy związana Brexitem Wielka Brytania potrzebuje wszystkich możliwych inwestycji.
Argumenty za podjęciem działań są jednak silniejsze. Prognozy dotyczące poważnych szkód gospodarczych w wyniku represji są przesadzone. Rosjanie i Ukraińcy posiadają jedynie 0.2% ogółu brytyjskich aktywów będących własnością cudzoziemców. Ukierunkowanie na niepewne rosyjskie pieniądze wzmocniłoby wysiłki Wielkiej Brytanii mające na celu zawstydzenie agencji wywiadowczych Władimira Putina (zob. artykuł). Zapewnianie schronienia finansowego zakrzywionym elitom podsyca korupcję w innych krajach.
Wyzwanie polega nie tyle na napisaniu nowych przepisów, ile na egzekwowaniu zapisów, co jest powszechnym problemem w Wielkiej Brytanii. W tym miesiącu pierwszy „nakaz dotyczący niewyjaśnionego majątku”, który wymaga od celów okazania źródeł ich majątku, przetrwał skargę prawną wniesioną przez żonę uwięzionego azerbejdżańskiego bankiera. Rząd słusznie rozgłasza reformy rozpoczęte po tym, jak były premier David Cameron oświadczył, że walka z korupcją powinna być priorytetem. W 2016 r. Wielka Brytania jako pierwszy kraj z grupy G20 uruchomiła publiczny rejestr beneficjentów rzeczywistych spółek, którego celem jest rzucenie światła na firmy fasadowe, za którymi często ukrywają się przestępcy. Ale system opiera się na samodzielnym zgłaszaniu. Companies House, agencja rządowa, nie ma ani uprawnień, ani zasobów, aby sprawdzać składane dokumenty. Nadzór nad firmami, które zakładają inne firmy, jest tak słaby, a kary za naruszenia tak marne – zazwyczaj 1,000–2,000 funtów (1,310–2,620 dolarów) – że Brytyjskie Wyspy Dziewicze wyglądają solidnie. Zatem nieuchronnie uczciwi się podporządkowują, a przestępcy kłamią.
Co gorsza, organom ścigania brakuje zasobów, aby prowadzić wystarczająco duże sprawy. Budżet krajowego organu ochrony konkurencji, i tak już napięty, spada. Ma około kilkudziesięciu śledczych posiadających umiejętności w zakresie skomplikowanych przypadków; Ameryka i Włochy mają setki. To nie jest obszar, w którym sprawiedliwość jest tania. Duża sprawa o korupcję trwa średnio siedem lat. Organy ścigania muszą być w stanie ponieść ogromne koszty, zwłaszcza w przypadku przegranej, a ponieważ oligarchów stać na najlepszych prawników, zawsze wiąże się to z ryzykiem. Wielka Brytania od lat nie objęła przewodnictwa w dużej, transgranicznej sprawie.
Przeznaczenie większych zasobów na sprawy związane z korupcją znacznie przyczyniłoby się do naprawienia sytuacji. Część dodatkowej gotówki należy przeznaczyć na podniesienie wynagrodzeń śledczych, które są znacznie niższe od wynagrodzeń ich amerykańskich kolegów. Pomocne byłoby również wzmocnienie nadzoru nad spółkami fasadowymi i firmami, które je założyły, podobnie jak pieniądze na weryfikację informacji o własności. Część środków na ten cel mogłaby pochodzić ze wzrostu opłat rejestracyjnych, które wynoszą zaledwie 12 funtów. Pomógłby jeden element nowego prawodawstwa: prawo „niezapobiegające”, które ułatwia ściganie kadry kierowniczej wyższego szczebla lub spółek, jeśli nie podejmą one odpowiednich środków przeciwko praniu pieniędzy. Podobny przepis dotyczący przekupstwa sprawdza się dobrze.
Uczciwa mila
Miasto ma znaczenie dla Wielkiej Brytanii. To duży pracodawca (dwie trzecie miejsc pracy znajduje się poza Londynem). Generuje nadwyżkę handlową w wysokości 3% PKB i płaci mniej więcej jedną dziesiątą podatków w kraju. Jest to centrum fintech, a mniejsze brytyjskie firmy wydają się łatwiej pozyskiwać finansowanie niż ich typowi europejscy odpowiednicy (zob. Schumpeter). Opozycyjna Partia Pracy pod przywództwem Jeremy’ego Corbyna widzi sprawę inaczej. Nie ukrywa swojej głębokiej wrogości do finansów. Jeśli miasto nie wykaże, że jego rynki są czyste i uczciwe, da następnemu laburzystowskiemu rządowi większą swobodę działania – brutalnie.
Reakcją Wielkiej Brytanii na zagrożenie, jakie stwarzają nielegalne przepływy finansowe, była jak dotąd bardziej grzmiąca retoryka niż konkretne działania. Najwyższy czas to naprawić.



