Wspólnik w Mossack Fonseca, panamskiej kancelarii prawnej, która jest w centrum ogromnego wycieku poufnych danych finansowych, twierdzi, że firma padła ofiarą ataku hakerskiego.
Ramon Fonseca powiedział, że wyciek nie był „wewnętrzną robotą” – firma została zhakowana za pośrednictwem serwerów zlokalizowanych za granicą.
Złożono skargę do biura prokuratora generalnego Panamy.
Kilka krajów prowadzi dochodzenia w sprawie możliwych nadużyć finansowych, których dopuścili się bogaci i wpływowi ludzie, po tym jak wyciekło ponad 11 milionów dokumentów.
Firma oskarżyła organizacje medialne, które poinformowały o wycieku, o „nieautoryzowany dostęp do zastrzeżonych dokumentów i informacji pochodzących z naszej firmy” oraz o przedstawianie tych informacji wyrwanych z kontekstu.
W liście wysłanym w niedzielę do gazety „Guardian” szef działu PR firmy zagroził ewentualnym podjęciem kroków prawnych za wykorzystanie „nielegalnie uzyskanych” informacji.
Rewelacje te wywołały już reakcję polityczną w kilku krajach, w które zamieszane są wpływowe osobistości.
We wtorek premier Islandii Sigmundur Gunnlaugsson podał się do dymisji po tym, jak dokumenty wykazały, że wraz z żoną był właścicielem spółki offshore, której nie zgłosił, wchodząc do parlamentu.
Jest oskarżony o ukrywanie rodzinnego majątku wartego miliony dolarów.
Pan Gunnlaugsson twierdzi, że sprzedał swoje udziały żonie i zaprzecza jakimkolwiek nieprawidłowościom.
Jedenaście milionów dokumentów przechowywanych przez kancelarię prawną Mossack Fonseca z siedzibą w Panamie zostało przekazanych niemieckiej gazecie Sueddeutsche Zeitung, która następnie udostępniła je Międzynarodowemu Konsorcjum Dziennikarzy Śledczych. BBC Panorama i brytyjska gazeta The Guardian są wśród 107 organizacji medialnych w 76 krajach, które analizują dokumenty.



